Nie bardzo wiedziałam, jak wziąć się za napisanie recenzji
„Gry anioła”. Liczę więc na to, że gdy po lekturze niezliczonych recenzji
wspomnianej książki wygodnie usadowię się przed klawiaturą, słowa popłyną same,
wynajdując w 600-stronicowym tomiszczu to, co najistotniejsze. Czynię więc zadość serdecznym poradom
głównego bohatera -
Natchnienie przychodzi, kiedy człowiek przyklei łokcie do
biurka, tyłek do krzesła i zacznie się pocić. Wybierz jakiś temat, jakąś ideę i
zacznij wyżymać mózg, aż cię rozboli. Na tym polega natchnienie.
- i zapraszam do czytania. ;)
David Martín to pisarz, człowiek, którego los nie szczędził.
Mimo ciężkiego dzieciństwa i szybkiego wkroczenia w dorosłość ma jednak odwagę
spełnić swoje marzenia, dokonując wyboru takiej, a nie innej profesji. Znajduje w osobie jednego z magnatów
ówczesnej Barcelony, Pedra Vidala, prawdziwego przyjaciela, i dzięki niemu właśnie może stać się kimś, kim
tak dogłębnie pogardzałby jego ojciec.
Lata płyną, a przed bohaterem, który nie ukończył jeszcze
dwudziestego roku życia, widmo rychłej śmierci staje się za sprawą nieustannej
pracy nieprzeniknioną pewnością. Nieomal nie wychyla on nosa spoza domu z wieżyczką, miejsca spowitego aurą
tajemnicy.

W tym właśnie czasie młody literat, którego kariera rozwija się pod fikcyjnym nazwiskiem, otrzymuje ofertę od nieznanego paryskiego wydawcy. W zamian za sto tysięcy franków, kwotę która każdemu zdanemu na łaskę i niełaskę kapryśnego chleba pisarzy mogłaby zawrócić w głowie, Martín ma stworzyć książkę, dzieło swego życia. Religię.

„Gra anioła” to poniekąd retrospekcja poprzedzająca wydarzenia „Cienia wiatru” autorstwa Carlosa Ruiza Zafona. Przywołuje innych bohaterów, nowe wątki, jednak widoczne są, przyjemne zresztą dla czytelników starszej części, stałe punkty odniesienia, takie jak księgarnie Sempere, Cmentarz Zapomnianych Książek, czy niektóre postaci.
Akcja rozciąga się na płaszczyźnie XX wieku, pomiędzy 1917 a
1930 rokiem, w malowniczej Barcelonie o dwóch twarzach.
Narratorem jest natomiast postać pierwszoplanowa: sam David Martín, co podobnie jak w „Cieniu wiatru”, zdaje się być o wiele lepszym wyborem od narratora wszechwiedzącego. Dzięki temu pisarz wprowadza nas do swojego świata, który, jak może się potem okazać, znacznie różni się od rzeczywistego…*
Narratorem jest natomiast postać pierwszoplanowa: sam David Martín, co podobnie jak w „Cieniu wiatru”, zdaje się być o wiele lepszym wyborem od narratora wszechwiedzącego. Dzięki temu pisarz wprowadza nas do swojego świata, który, jak może się potem okazać, znacznie różni się od rzeczywistego…*
„Grę anioła” nie ma co porównywać do „Cienia wiatru”, jak to nieroztropnie czynią co poniektórzy recenzenci. Książka ta przedstawia dojrzałych bohaterów, a i fabuła bez wątpienia jest znacznie … mroczniejsza. Zafón obdarowuje nas historiami, które ściśle splatają się, tworząc zawiłą mieszaninę kryminału, horroru i romansu. Słowa takie jak mrok, niepokój, tajemnica i inne oklepane frazesy cisną się na usta, ale w kontekście dzieła Carlosa po prostu nie sposób ich nie użyć!
„Gra anioła” ma swoje dwa oblicza, jak domyślać się można z tandetnego nieco, według mnie rodem z meksykańskiej telenoweli, tytułu. Z jednej strony: żywe, nieraz dowcipne dialogi, które aż skrzą inteligencją (na przykład te pomiędzy Martínem a jego asystentką, która pojawia się wraz z rozwojem opowieści), doskonale wykreowani bohaterowie – na tajemniczym, elokwentnym Correlim kończąc (mnie osobiście najbardziej urzekła postać Isabelii, uczennicy), z drugiej strony: niepokojące, niezauważalne niemal tropy, jakimi Zafón nakierowuje nas ku faktom, cienka i zatarta granica pomiędzy fikcją a rzeczywistością, prawdą a fałszem, mroczny kilmat niemający nic wspólnego z błyskotliwymi potyczkami słownymi na zapleczu księgarni „Sempere i synowie”.
Oto próbka wymiany ognia:
– A jakie są zasady obowiązujące w
tym domu? – zapytała Isabella.
– Generalnie rzecz ujmując,
zgodne z moim widzimisię.
– I słusznie.
– Rozumiem, że umowa stoi.
Isabella obeszła stół i objęła mnie z
wdzięcznością. Mogłem poczuć przytulające się do mnie jędrne i pełne ciepła
kształty jej siedemnastoletniego ciała. Delikatnie się od niej oderwałem,
odsuwając ją na co najmniej metr.
– Pierwsza zasada głosi, że ten dom to nie „ Małe kobietki” i tutaj nie
wpadamy sobie raz po raz w ramiona ani
się nie mażemy z byle powodu.
– Jak pan rozkaże.
– Oto dewiza, która będzie nam
przyświecać w trakcie budowania naszej współegzystencji: jak ja rozkażę.
Isabella zaśmiała się i szybko
ruszyła w stronę korytarza.
Jakkolwiek „Cień wiatru” obok barwnych opisów słynnej Barcelony posiadał również przejrzystą
fabułę i jasne zakończenie, nie może się tym pochwalić „Gra anioła”.

Najbardziej zdumiał mnie finał książki, pozostawiający … dowolność interpretacji. Nie będę ukrywać, że bynajmniej mnie to nie zachwyciło, gdyż jestem raczej zwolenniczką jednoznacznych i wyrazistych rozstrzygnięć.
Ponadto, przytłoczył
mnie nieco nadmiar zdarzeń, nabierający
szaleńczego tempa na ostatnich kartach. Strona za stroną, coraz to nowe zwroty
akcji kłębiły się i mimo chronologicznego toku sprawiały wrażenie lekkiego
zamętu. Bieg wypadków był, w moim mniemaniu, aż za wartki.
Z całą pewnością dużym plusem były, podobnie jak w poprzedniej części oplecionej wokół Cmentarza Zapomnianych Książek, piękne, a zarazem nienużące opisy gry świateł, labiryntu ulic, nieba obszytego obłokami – jednym słowem wszystkiego, co składało się na zarys miasta, które obojętne pozostawało na tragedie i radości jego mieszkańców.

Niewiarygodne, ile świtów, zachodów słońca i innych zjawisk pogodowych musiał przeżyć Carlos Ruiz Zafón!
Pomimo wszystkich tych zalet prozy hiszpańskiego autora, dobrego pomysłu osi, wokół której toczyć się miała akcja powieści, a mianowicie magii woluminów i innych wyrobów papierniczych, po dłuższym czasie nadchodzi myśl o pożegnaniu się na jakiś czas z tymi stronicami - tęsknota za świeżością. Czar Barcelony pierwszego półwiecza porwał mnie i niewątpliwie kiedyś do niego wrócę, aby po raz kolejny zapoznać się z „Więźniem nieba” (z tą właśnie książką rozpoczęłam swoją przygodę z Zafonem). Warto przypomnieć, że po tomy Cmentarza Zapomnianych Książek można sięgać w dowolnej kolejności, a każdą ich lekturę przeżywać osobno i jako zamkniętą całość.
Być może mylnie, ale odnoszę wrażenie, że twórca nieco przeciągnął rozwój fabuły i w związku z tym bardzo jestem ciekawa Waszych zdań! Co myślicie o zakończeniu „Gry anioła”? Jak je interpretujecie? Czekam na pospolite ruszenie ;)
Na ostatek wspomnę co nieco o oprawie graficznej. Nie różni
się ona wiele od „Cienia wiatru”: czcionka umożliwiająca szybkie przewracanie
kartek, schematyczne rozplanowanie. Zauważyłam jednak brak zdjęć ozdabiających
strony poprzedniego tomu, słynnych fotografii Francesca Catalá-Roca. Nie
odczułam jakoś specjalnie tej straty, wciąż jednak uważam, że było to miłe
urozmaicenie podczas lektury „Cienia wiatru” – obrazki ilustrowały przecież
Barcelonę czasów naszych bohaterów.
Na odchodne dodam, że podobnie jak tysiące, jeśli nie miliony czytelników, zdecydowanie bardziej urzekła mnie pierwsza historia osnuta wokół Cmentarza Zapomnianych Książek. To ona sprawiła, że sięgnęłam po kolejną, lecz chociaż nie rozczarowałam się, kolokwialnego „szału” nie było… Nie wyjaśnię do końca dlaczego, gdyż wiązałoby się to z wyjawieniem Wam faktu (*), który uświadamiamy sobie na ostatnich nieomal kartach książki. Chętnie natomiast podzielę się spostrzeżeniami z tymi, którzy lekturę „Gry anioła” mają już za sobą.
Kończąc: uważam, że warto przeczytać kolejną książkę Zafona, po to przynajmniej, aby odtworzyć bieg zdarzeń, które wpłynęły na losy bohaterów „Cienia wiatru”. Dlatego też nie machnę ręką na ostatniego już „Więźnia nieba”.
Moja ocena: 6/10. Zdecydowanie subiektywna.